Najbardziej znany leżajski podróżnik Ireneusz Wołek postawił przed sobą i zrealizował niezwykły cel – podróż wraz z przyjaciółmi maluchami wzdłuż granic Polski.

Podróżnik i jego ekipa wystartowali z Leżajska. Kierując się na wschód, przejechali przez Roztocze, Zamość, Włodawę, Górę Grabarkę aż do Hajnówki. Dalej przez Puszczę Augustowską aż na styk trzech państw: Polski, Litwy i Rosji (Obwód Kaliningradzki). Na Pomorzu podróżnicy odwiedzili Frombork, Elbląg, Gdańsk, Jastrzębią Górę i wzdłuż wybrzeża dojechali do Szczecina. Potem skręcili na południe, przez Cedynię dojechali do Bogatyni. Malownicze Sudety wzdłuż granicy z Czechami dostarczyły wielu wrażeń estetycznych. Leżajszczanie odwiedzili Zakopane, Krynicę Zdrój, Magurski Park Naro­dowy i Bieszczady.

Pokonaliśmy 3611 km. Przejechaliśmy przez 12 wo­jewództw. Byliśmy na wszystkich granicach na­szych sąsiadów. Odwiedzili­śmy kilkadziesiąt niezwy­kłych miejsc i, co najcenniej­sze, napotkaliśmy na swojej drodze wspaniałych, serdecz­nych rodaków. A wszystko to dzięki „maluchowi”, który obok bonów na cukier i wyro­bów czekoladopodobnych stał się jednym z symboli PRL-u. Był marzeniem niemal każ­dej polskiej rodziny. Dzisiaj stał się dzielnym bohaterem sentymentalnej wyprawy – mówił podekscytowany Ireneusz Wołek.

Podróżnik opisał także samą podróż tym niezwykłym pojazdem. – Maluch zdecydowanie woli prowincjonalne drogi. Targany podmuchami wiatru wywoływanymi przez wyprzedzające nas samochody i hukiem w kabinie, który w trakcie przyśpieszania rośnie w postępie geometrycznym, pokonaliśmy kolejne ki­lometry. Wycieraczki z trudem radziły sobie z ulewnym deszczem, a luzy na kierownicy wymuszały nieustanną korekcję toru jazdy. Na szczęście sympatia, współczucie i po­dziw innych kierowców wynagradzały nam wszelkie trudności – wspomina. – Jadąc maluchem setki kilometrów, przypominam sobie powiedzenie „Droga ciągnie się jak narkotyk. Im dużej się ciągnie tym bardziej upaja”. Nie wiem, czy to powiedzenie odnosi się do każdego, ale do mnie tak.

Pomimo niedogod­ności ta podróż dała mi dużo satysfakcji. Nigdy nie spotykałem się w drodze z tyloma gestami sympatii. A co do komfortu, było znacznie lepiej niż można było się spodziewać. Chociaż z nazwy kojarzy się zupełnie inaczej. Maluch był i jest nadal bardzo pakow­ny.

Wystarczy tylko wyobraźnia. Przecież dawniej wyjazd pod namiot czteroosobowej rodziny z psem to był żaden pro­blem. Przewiezienie szafy czy lodówki też nie stanowiło wielkiego wyzwania dla przebojowego właściciela takiego fiacika – mówi.

art. Jakub Magiera (Sztafeta)