1. Próba uchwycenia tematu

T.P.: Powiem ci Witku, że czuję się trochę bezradny wobec dziedziny, którą reprezentujesz. Moja wiedza o lataniu ma charakter stricte papierowy. W dzieciństwie zbierałem naklejki z samolotami z drugiej wojny światowej. Gdzieś tam kołaczą mi się po głowie ich nazwy – Spitfire, Hurricane, Junkers, Messerschmitt, japoński Zero, polskie Łosie i Wilki, rosyjskie Jaki i Iły. Poza tym głowę mam pełną wyświechtanych frazesów na temat bitwy o Anglię i udziału w niej polskich pilotów ze sławetnym Dywizjonem 303 na czele. Oczywiście wszystko to w jakiś sposób działało na moją wyobraźnię, nawet pchnęło mnie w kierunku modelarstwa, ale na krótko i nic z tego nie wynikło. Pamiętam, jak pewnego razu po prostu zebrałem te wszystkie swoje modele z plastiku do kupy, nafaszerowałem je saletrą wymieszaną z cukrem pudrem i odłamkami paliwka turystycznego i beznamiętnie puściłem z dymem.

Powiedz mi, czy ty przeszedłeś przez tego rodzaju doświadczenia, bo rocznikowo nie ma między nami jakiejś wielkiej przepaści?

Witold Urban: O ile dobrze pamiętam, nigdy nie przejawiałem tak skrajnej agresji w stosunku do własnych zabawek. A tak poważnie, wydaje mi się, że chyba nie przechodziłem w dzieciństwie fazy niczym nieumotywowanej destrukcji i jeśli już coś robiłem, a też sklejałem modele z plastiku, papieru czy drewna, to jednak wolałem – nic nie ujmując twojemu żywiołowemu temperamentowi – żeby mi ładnie leżały na półce i cieszyły oko. Jeżeli coś rozmyślnie niszczyłem, to tylko po to, żeby to coś poprawić. T.P.: Na całe szczęście, bo szczerze ci powiem, że gdybyś entuzjastycznie przytaknął moim piromańskim zapędom, jakoś próbował się z nimi utożsamić, byłbyś u mnie jako pilot samolotów pasażerskich spalony. W. U.: Jeśli miałem coś wspólnego z piromanią, to tylko w sposób niezamierzony. Powiem ci tak, w moich poczynaniach nie przyświecała mi nigdy idea wybuchu. Owszem, zdarzało mi się, że czasem coś wymykało się spod kontroli. Konstruowałem na przykład modele rakiet odrzutowych z mechanizmem spadochronowym, dzięki któremu przeważnie je odzyskiwałem. Przeważnie, bo kilka odpalonych rakiet zawędrowało w miejsca, w których nie miałem śmiałości ich szukać.

T.P.: Pamiętaj, że mówisz to na własną odpowiedzialność. Ja w każdym razie nie przyjmuję tego do wiadomości.

2. Banalne początki

T.P.: Rozumiem, że jako urodzony lotnik, już w niemowlęctwie musiałeś ssać smoczek w kształcie śmigła. Prawdopodobnie w przedszkolu byłeś impertynenckim omnibusem zachodzącym za skórę zdezorientowanym przedszkolankom, zaś w szkole podstawowej przyprawiałeś o kompleksy najstarszych stażem matematyków. Dlaczego wciąż myślę, że żeby zostać pilotem w Polsce, trzeba mieć w sobie geny co najmniej jakiegoś Jamesa Bonda czy Einsteina?

W. U.: Reprezentujesz klasyczny przykład stereotypowego myślenia. Gdyby była to prawda, nie byłoby w Polsce komu latać. Zaręczam ci, że wielu spośród moich kolegów miałoby poważny problem w zaimponowaniu ci kompetencjami z dziedziny nauk ścisłych. Cała ta tak zwana lotnicza wiedza tajemna mieści się w zasięgu umysłów najzupełniej przeciętnych.

T.P.: Teraz to kpisz sobie ze mnie albo przynajmniej ironizujesz. Mam dodatkowo przemożne wrażenie, że czerpiesz jakąś dziwną przyjemność z dyskredytowania siebie i całej lotniczej braci.

W.U.: Myślę, że teraz ty się zagalopowałeś. Jako były pedagog przecież doskonale rozumiesz, że aby kogoś zmusić do nauki, trzeba najpierw użyć wszelkich dostępnych środków, żeby doń zachęcić. I ja to robię. Chciałbym ogłosić wszem i wobec, że marzenia

0 lataniu można spełnić i to nie tylko w przestrzeni wirtualnej. Oczywiście nie wystarczy o tym marzyć. Trzeba po prostu cały czas dreptać w obranym przez siebie kierunku, jak chociażby mój ulubiony idol z dzieciństwa Geotrupes stercorarius, zwany powszechnie żuczkiem gnojakiem. Trzeba polubić opór materii

1 pchać to coś niezależnie od jego kształtu czy zapachu do przodu.

T. P.: Porzućmy entomologiczne rozważania i przejdźmy wreszcie do rzeczy. Jak wyglądała Twoja droga do latania?

W.U.: To nie był żaden rodzaj olśnienia czy iluminacji. W sumie bardzo banalnie. Od dzieciństwa powoli nasiąkałem atmosferą około lotniczą. Po pierwsze za sprawą ojca, który będąc uczniem technikum, trochę otarł się o szkolenie na szybowcach. Nawiasem mówiąc, gdyby nie komisja lekarska, zamiast wojskowym, zostałby prawdopodobnie pilotem. Ale największy wpływ mieli na mnie w tamtym czasie moi dwaj wujkowie, bracia mojej mamy – Witek (mój chrzestny) i Piotrek. Jako że Witek też był lotnikiem szybowcowym – latał kiedyś w Aeroklubie Stalowowolskim w miejscowości Turbia – szybko wciągnął mnie w te swoje pasje. Podrzucał mi mnóstwo makulatury, czasem mocno już pożółkłej, na różne tematy związane z historią lotnictwa, budową samolotów. Zamiast ciekawych powieści przygodowych walały mi się po podłodze szarobure broszury z zasadami pilotażu szybowcowego i postrzępione resztki kultowego Małego modelarza, którego kleiłem z wujkiem Piotrkiem. Pamiętam, że wujkowie dokładali wszelkich starań, żebym się nie nudził.

T.P.: Jednym słowem miałeś szczęście, któż nie chciałby mieć takich wujków?

W. U.: No właśnie. To również oni zarazili mnie modelarstwem. Kleiliśmy razem drewniane szybowce, co myślę, było dla mnie kluczowym bodźcem, bo dawało mi bardzo dużo satysfakcji.

T.P.: Kiedy wreszcie, że tak powiem, oderwałeś się po raz pierwszy od ziemi?

W.U.: Gdzieś w wieku piętnastu lat natknąłem się w jednej z gazet na informacje o kursach na paralotniarstwo. Strasznie się zapaliłem i choć byłem jedynakiem, rodzice o dziwo nie stanęli okoniem. Wszystko więc potoczyło się lawinowo i przy niemałym w sumie wsparciu finansowym rodziców, wreszcie -tak jak mówisz – mogłem samodzielnie oderwać się po raz pierwszy od ziemi.

T.P.: Nie czułeś strachu, nie miewałeś katastroficznych wizji? Ja jak podskoczę, już dostaję mdłości z powodu braku kontaktu z gruntem.

W. U.: Oczywiście, jak jesteś gdzieś tam wysoko, zawsze towarzyszy ci lęk. Sęk w tym, żeby lęk nie przeważał i nie pozbawiał cię uczucia przyjemności. Jeśli u ciebie proporcje lęku i uczucia błogostanu są mocno zachwiane na korzyść lęku…

T. P.: To lepiej, żebym dał sobie z marzeniami o lataniu spokój.

W.U.: Tego bym jeszcze nie przesądzał. Są pewne techniki oswajające z wysokością.

T. R: Myślisz o jodze i dalekowschodnich medytacjach? W.U.: Myślę o psychologii klinicznej, czasem bardzo skutecznej w tego rodzaju zaburzeniach.

T.P.: Czuję, że znowu znosi nas na dygresyjne manowce a na dodatek wmawiasz mi jakieś zaburzenia. Powiedz lepiej, kiedy porzuciłeś skrzydła paralotni na rzecz tych samolotowych.

W.U.: Za sprawą mojego instruktora, który – tu przepraszam za nieskromność – doceniając postępy, jakie w zastraszającym tempie poczyniłem, odradził mi dalszą zabawę w paralotniarza. Zasugerował mi inny kierunek – żebym zrobił sobie papiery na szybownictwo.

3. Aeronauta w chmurach

T.P.: Oczywiście nie protestowałeś?

W. U.: Wydawało mi się to bardzo naturalne. Zacząłem -tak jak wujek Witek- w Aeroklubie Stalowowolskim w Turbi. Tutaj dopiero zobaczyłem, czym jest prawdziwa pasja latania. W ramach zajęć szkoleniowych, a później już obowiązków klubowych robiłem dosłownie wszystko. Strzyżenie trawy na lotnisku, czyszczenie przykurzonych kadłubów szybowców i holujących je samolotów, sprzątanie hangarów to była codzienna mantra. Później, gdy poszedłem na Politechnikę Rzeszowską (na wydział budowy maszyn i lotnictwa

0 specjalności pilotaż), to kontynuowałem szybownictwo w Jasionce w Aeroklubie Rzeszowskim. To właśnie tam poznałem trzykrotnego drużynowego mistrza świata w lataniu precyzyjnym Marka Kachaniaka, który w ciągnął mnie w sport samolotowy (latanie precyzyjne

1 rajdowe). W kategorii juniorów raz zostałem nawet wicemistrzem Polski w lataniu precyzyjnym.

T.P.: Czy szybko udało Ci się zostać pilotem zawodowym? Jak znam życie, pewnie musiałeś pokonać parę przeszkód?

W.U.: Rzeczywiście, nie było to takie płynne. Bezpośrednio po studiach prowadziłem wyjątkowo naziemny tryb życia. I powiem szczerze, bardzo sobie go chwaliłem. Przeszło dwa lata pracowałem w Grupie Żywiec jako analityk finansowy. Nauczyłem się przy okazji rachunków, wyników bilansu i paru innych rzeczy przynoszących mi do dzisiaj profity. Bycie korporacyjnym buchalterem co prawda uniezależnia finansowo, ale też wpędza w klaustrofobiczną frustrację.

PRZEDRUK BIULETYN MIEJSKI

ROZMAWIAŁ TOMASZ PYTKO